Długa droga do siebie.

jesienTo dziwne, że im bardziej rozczarowuje mnie dzisiejszy świat, tym mocniej zachwycam się światem który był oraz naturą. Zupełnie jakby ten zachwyt nie ulegał przekształceniu w gorycz, ale musiał znaleźć sobie inny obiekt zainteresowania. Proste, z pozoru nic nie znaczące rzeczy i czynności: jesienne słońce, obserwacja ludzi w ich pierwotnych zajęciach, zyskują niespotykane wcześniej znaczenie. Jakże wielkie koło trzeba zatoczyć, aby z zachwytu wielką ideą czy światowym życiem, wrócić do zwykłego życia i zacząć celebrować każdą chwilę. Jakże daleko musi wędrować człowiek, by wrócić do siebie. Jakże to trudne, paradoksalne i na pozór głupie. Jednak tylko ten, kto w siebie i świat zupełnie zwątpił, może też całkowicie siebie w tym nowym starym świecie odnaleźć.

Bezimienność.

staw-bBardzo go lubię. Przez większość ludzi zupełnie nieznany, żyjący spokojnie w schronieniu drzew i skryty w cieniu sławy swojej sławniejszej, większej i bogatej w ryby siostry Brantki. Pamiętam dzień, gdy go odkryłem. Ciepły, przesycony zielenią i znaną tylko lipcowi wszechogarniającą intensywnością dzień dał mi sowitą nagrodę za pójście mniej uczęszczanym szlakiem. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się on niczym wyjątkowym. Był to zapewne jakiś rezerwowy zbiornik wodny, o czym świadczą betonowe płyty, którym jest wyłożony. Również prosty kwadratowy kształt niczym nie zaskakuje. A jednak jest w nim coś, co mnie urzeka. Może to delikatna iskra, która podsyca irracjonalną wiarę, że człowiek wraz z naturą są w stanie stworzyć coś niepowtarzalnego? A może to, że nie ma żadnej nazwy i pewnie nigdy się jej nie doczeka? Bezimienna mądrość uczy w sposób najtrudniejszy, bez jednego słowa i każe sobie zadać trud znalezienia czegoś wyjątkowego w pospolitości. Wiem też, że gdybym miał kiedyś śladem Thoreau zbudować chatę nad stawem, to zrobiłbym to właśnie tutaj. Wiem, że nigdy nie nadam mu nazwy. Największą miarą wielkości wciąż pozostaje nienazwanie.

Wieś.

foto18Jest tam coś do zobaczenia? – słyszę pytanie. Odpowiadam odruchowo, że nie. W wiejskich okolicach, z których wracam rzeczywiście nie było niczego konkretnego do zobaczenia. Ani zabytków, galerii, jezior, rzek czy ciekawej architektury. Jednak dlaczego jedynie tam odradza się we mnie siła życia, która z dnia na dzień gaśnie w hałasie miasta? Po chwili żałuję swojej odpowiedzi, bo jednak jest tam coś. Stara dziurawa droga z długą łataną co rok historią. Przydrożny krzyż, przy którym kolejne pokolenie składa kwiaty i pali świece ku pamięci przodków. Zbyt szybko jeżdżący młodzi mieszkańcy, którzy za wszelką cenę chcą uciec od swojej wiejskiej tożsamości. Nieodmiennie zdziwione spojrzenie mieszkańców, którzy nie rozumieją, czego szuka tu miejski głupiec. Wiem, że spotkam przynajmniej jedno kobiece tęskne spojrzenie, które ma nadzieję, że to ja uwolnię ją z tkwienia w tym miejscu. Jest pierwotny zapach, który towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat. Jest również cisza, w której wszystko staje się głośne i wyraźne. I wtedy rozumiem, że to pytanie jest źle postawione. Tam, na wsi, gdzie rytm wyznacza wciąż natura, a nie chęć szybkiego zysku, nigdy nie będzie nic do zobaczenia. Będzie jednak do doświadczenia nie jedna rzecz, ale całe prawdziwe życie. Nie można zobaczyć konkretnej rzeczy tam, gdzie jest wszystko.

Kroczenie.

foto2Przechodzimy przez życie z pytaniem

Ważnym.

Co w życiu ważne, co ważnym je czyni.

Bo widzisz, chyba odpowiedź znam.

 

Może chodzi o to, aby wstać rano

Raz nogą lewą raz prawą

I tak po prostu o nim pamiętać.

I wciąż bezustannie je zadawać.

 

Pytasz kim powinieneś się stać.

Jakże mądre i ambitne pytanie!

Lecz może nie o odpowiedź chodzi.

Byś pytał kim jesteś.

Po co

i dlaczego.

 

Ale by szukać i nie przestawać nigdy.

Bo sztuka życia to nie stawanie co chwila,

Ale kroczenie wciąż,

raz nogą lewą raz prawą.

 

Życie to nie to co było, jest lub będzie.

Ale trwanie bezustanne

Bez początku i końca

I kroczenie z tymi pytaniami

co w tobie żyją.

 

Bo kto odpowiedzi pozna,

zatrzymać się musi i je przemyśleć.

I może zasmuci się,

gdy inne niż oczekiwał będą.

 

Ten, kto pyta zaś,

pozostanie w drodze.

I kroczyć będzie dalej

Raz nogą lewą raz prawą.

 

Bo wiedzieć kim się jest

i po co

To poznania koniec.

A tych odpowiedzi szukać

w tym ciągłym kroczeniu

To człowiekiem pozostać.

 

Nocna dusza.

zachodSłońce właśnie zaszło i zjeżdżam na pobocze. Zatrzymuję się i obserwuję ostatnie barwy nieba zanikające w monotonnej szarości. Robię głęboki wdech i zaczynam się przygotowywać bo wiem, co mnie czeka. To właśnie noc jest tłem i niemym świadkiem wszystkich moich pomysłów. Podobnie jak bohaterowie powieści Remarche ja również dopiero w nocy jestem tym, kim jestem naprawdę. Każdy tekst jaki kiedykolwiek napisałem, powstawał właśnie wtedy gdy cały świat pogrążony był we śnie. Dlatego nie miej mi za złe kochana, że tak przewracam się z boku na bok, gdy leżę obok. Choć wiem, że nigdy nie stworzę niczego doskonalszego, niż faktura twojej gładkiej skóry, nie potrafię wyłączyć tej nocnej duszy. Wybacz mi te momenty, gdy wchodzę do jej i szukam tam natchnienia, zapominając, że ty jesteś i będziesz na zawsze moją największą inspiracją. Może te równoległe światy są naszą jedyną wolnością? Nie wiem i nigdy się tego nie dowiem. Jedno wiem na pewno. Jedyna myśl, która pozwala mi w spokoju zasnąć jest taka, że rano zobaczę obok twe oblicze.

Tęsknota.

foto7Nic nie ma w sobie takiego smutku, jak ostatnie tchnienie lata. Ziemia jest wtedy zmęczona własnym szczęściem. To gorąco, za którym tęskniła podczas zimowych miesięcy, staje się nie do zniesienia. To dlatego ostatnie tchnienie lata ma w sobie ulgę, w której tkwi niemy żal za ciepłem, które wkrótce stanie się kolejną tęsknotą. Tak to jest w życiu, myślał, wpatrując się w krajobraz, w który wstępowała pierwsza jesienna mgła. Całe nasze życie jest niczym innym jak właśnie tęsknotą. Taką, która nigdy się na zaspokoi, bo zawsze jest coś, do czego się tęskni. Zawsze jest jakieś miejsce, które wydawać się będzie lepsze. Pisarz marzy o napisaniu powieści, a gdy ją pisze, już tęskni za krótką formą. Wsiadł do samochodu i powoli ruszył w stronę miasta. Tęsknił za rodziną. Gdy spojrzał w tylne lusterko, zatęsknił za tym krajobrazem.

Obojętność.

Ta bezsilność jest najgorsza. Człowiek jest w stanie wierzyć w to, że będzie lepiej lub może zapomnieć o tym, co było. Zawsze ma jakąś moc czy wypływ. Tymczasem jest pierwszy marca i pada śnieg. Mam tego tak serdecznie dość, choć zdaję sobie sprawę, że nie o pogodę chodzi. Boli mnie ta obojętność, że mój pierwszy marca nic natury nie interesuje. Mogę stworzyć nowy kalendarz i stać się najbardziej znanym wynalazcą na świcie, a jej wciąż nie będzie to nic obchodzić. Zrozumiałbym, gdyby robiła to celowo, mógłbym poczuć się nawet godnym przeciwnikiem. Co może być gorszego od jej obojętności? Lepiej zostać znienawidzonym niż nie zauważonym. W końcu tylko od ludzkiej interpretacji zależy czy to co czuję nazwę miłością czy nienawiścią, granica jest bardzo cienka. Obojętność jest o wiele gorsza. Nienawiść nie wyklucza tego, że dostrzegam człowieczeństwo. W końcu jest ktoś, kogo nienawidzę. Gdy jestem obojętny, nawet go nie zauważam.

Czy fakt, że boli mnie dzisiejsza plucha, jest dowodem mojej słabości? Czy zmieni cokolwiek poza tym, że napiszę kilka zdań, które i tak nie zbawią świata? Iluż to głupców przede mną dochodziło do podobnych wniosków, by zaraz po zdaniu sobie sprawy ze swojej głupoty zostać mędrcami?

Szukam odpowiedzi i nie potrafię pozbyć się obrazów dzisiejszej drogi. Brzydoty, które nie pozostawiła mnie obojętnym. Piękna, które dostrzegłem w drugim momencie. Tego, co nie pozostawiło mnie obojętnym. Gdy nie znajdę odpowiedzi, obojętnym mam szansę zostać. Ale będę jej szukał, bo boję się nim stać.

Pytania.

 

KACZYNIECNie mogę zasnąć. Nie pierwszy i wiem, że nie ostatni raz świadomość jest zbyt żywa, by nawet próbować ją uśpić. Nie próbuję, nie staram się. Odpowiadam na jej potrzeby, zadając pytania, które wciąż pozostają bez odpowiedzi. Czy to, że solówka Gilomura z High hopes mogła być jednym powodem, dla którego przyszedłem na ten świat, jest jednocześnie usprawiedliwieniem mojego bytu? Czy to, że cenię sobie pesymizm, wątpliwości i błądzenie, choć raz spotka się ze zrozumieniem, a nie próbą taniej ewangelizacji i próbą nawrócenia na efektywność, pewność i optymizm? Czy to, że tak kocham próbować, a nie działać, pozostanie po wieki moim piętnem, a nie atutem? Czy fakt, że wiem, co jest w życiu ważne jest równoznaczny z tym, że nie ma już po co żyć? A może na odwrót? Dopiero wtedy życie się zaczyna.

Czy fakt, że mogę patrzyć teraz na twe śpiące oblicze kochana nie jest wystarczającą zapłatą za codzienny trud? Czy mogę w życiu chcieć czegoś więcej niż wpatrywać się w nie i cieszyć każdą wspólną chwilą, nim zostanę potępiony przez świat za brak większych ambicji? Może ten dziwny spokój trwa dlatego, że inaczej się znosi bezsenność we dwoje. I pewnie dlatego, że jeśli wiem, iż twoją odpowiedzią na te pytania będzie uśmiech i dotyk twoich ust, to może warto nie spać i czekać na ten poranek?

Cisza.

f13Bo choć wielu wymienia dialog jako kluczową umiejętność w kontakcie z drugim człowiekiem, to jednak milczenie wciąż pozostaje najwyższą formą komunikacji. To w niej słyszę i czuję każdy twój oddech. Cisza, w której nie umknie uwadze żaden gest. Często ten jeden gest ma w sobie więcej szczerości niż setki słownych zapewnień. Cisza, które ma swój tajemny język, gdy dotykamy się nawzajem bez końca. Rozumiemy jej wielkość tak doskonale, że tylko ja jestem tak niemądry, by o tym pisać – wybacz mi moja miła, że nie potrafię dotrzymywać tajemnicy tak dobrze jak ty.

Kocham ciszę, bo była teatrem najwspanialszych chwil mojego życia. Cisza nie jest tak niecierpliwa jak słowo, które walczy o to, aby zostać zauważone. Cisza nie ma początku i końca, jest wszystkim, co było i będzie. Kto wie, czy nie jest właśnie tym, kogo szukamy na kartach świętych ksiąg i w zimnych murach świątyń. Może, gdy człowiek zamknie już oczy i pożegna ten świat, okaże się, że Bóg jest właśnie ciszą i niczym więcej?

Kocham ją prawie tak mocno jak twój oddech, który jest towarzyszy. Prawie tak mocno, jak ciepło twojego ciała. Prawie tak mocno jak chwilę, gdy hańbię ją słowem.

Sekret.

kosińskiWpatruję się intensywnie w najbardziej znane zdjęcie Kosińskiego, widniejące na obwolucie „Kroków”. Szukam w tym na pół szyderczym spojrzeniu tego, czego nie dostrzegli dziesiątki biografów, krytyków, setki kochanek i miliony fanów. Musi istnieć jakaś tajemnica, której nie zdołał dochować, prawda, której nie ukrył pod płaszczykiem kolejnej wielkiej opowieści. Wiedziony jego przykładem, zamawiam kawę i wkładam słuchawki do uszu. Udaję, że słucham muzyki, podczas gdy podsłuchuję rozmów z sąsiednich stolików. Daremno czekam aby nieznajomi powierzyli mi swoje sekrety. Choć mam nadzieję, że zdradzą mi się sobą, nie słyszę niczego innego, jak nudnych opowieści o pracy, dzieciach i innych głupotach. Banał za banałem. Biorę do ręki książkę i czytam kolejny fragment. Jak to robiłeś, że każda twoja historia jest skokiem w nieznane? Czy jestem tak ślepy, mało twórczy czy też szukam w złych miejscach? Spoglądam ponownie na zdjęcie i zaczynam coś rozumieć.

Nie możesz mi tego powiedzieć, bo sam muszę to odkryć. Nie możesz mi przekazać prawdy, bo wszystko, co opisywałeś, było twoim doświadczeniem. Nie zrozumiałbym tego. Doświadczać znaczy żyć, drogi Jerzy? Czy to była twoja ostania myśl, nim opuściłeś ten świat w akcie samozagłady? Podchwytuję wzrok kelnerki w cichej nadziei na jakąś nić porozumienia, ale jest zbyt zmęczona, aby zdobyć się na jakikolwiek wysiłek. Gdybyś tu był, pewno byłaby już twoja. Uwiódłbyś ją szarmanckim gestem i jednym zdaniem, który zburzyłby cały jej sztampowy świat. Dotknąłbyś niby przypadkiem jej dłoni i pozwolił sobie na nikły uśmiech, po czym oparłbyś dłoń na tym ptasim nosie. I stworzyłbyś z tego wielką historię. Rozumiem teraz, że nigdy nie pokonam cię w równej walce, dlatego nigdy jej nie podejmę. Tylko wtedy będę miał szansę, aby wygrać.